Laponia na własną rękę: Różowa zorza, skutery i -25°C

Uwaga: polecam używać sieci Wi-Fi. Każde zdjęcie zostało skompresowane, ale ostrzegam, aby nie zużyło pakietu danych z sieci komórkowej.

Wszystko zaczyna się od spakowania, dla pewności zawsze przed wylotem robimy zdjęcia walizek, gdyby zaginęły…

Naszym celem był Academy Hotel w Kemijärvi. Z samego rana wyruszyliśmy z Balic liniami Finnair. Cała podróż przebiegła wyjątkowo sprawnie – najpierw lot do Helsinek, a potem przesiadka do Rovaniemi. Co ważne, wszystkie loty odbyły się bez najmniejszych opóźnień, a za każdym razem wchodziliśmy do samolotu bezpośrednio przez rękaw, co było bardzo wygodne. Ostatnim etapem naszej trasy był przejazd autobusem do Kemijärvi.

Warto też dodać ważną uwagę dla wszystkich: według mnie zawsze dobrze jest rezerwować bilety i hotele z możliwością bezpłatnego odwołania. Nigdy nie jesteśmy w stanie w stu procentach przewidzieć, co nas spotka, a taka opcja daje ogromną swobodę. Dodatkowo, jeśli jakieś miejsce na żywo nie przypadnie nam do gustu, zawsze możemy zmienić hotel już na miejscu. Co najważniejsze – całą wycieczkę organizowaliśmy całkowicie we własnym zakresie i na swoich zasadach, co dało nam największą satysfakcję 🙂

Świeżo upieczeni Nowożeńcy 🙂

Podczas lotu było bardzo dużo miejsca na nogi, wiem co mówię, nie w każdych liniach lotniczych tak jest, jak coś mam 1,90 m wzrostu 🙂

Wchodzenie do samolotu z rękawa jest to świetna sprawa 🙂

Cała podróż z Krakowa do Rovaniemi trwała około 4,5 godziny. Wliczyliśmy w to przesiadkę w Helsinkach, gdzie mieliśmy zaledwie 1 godzinę i 15 minut czekania na kolejny lot – czas minął błyskawicznie, a my po chwili byliśmy już w drodze do Laponii.

Jeśli ktoś z Was pamięta zimy w Polsce sprzed 20 lat, to będąc w Laponii, może poczuć ten klimat na nowo. Chociaż i tak myślę, że jest tam znacznie zimniej – mróz jest wręcz namacalny. Jak widać na zdjęciach, nawet pnie drzew są całkowicie pokryte lodem i śniegiem, co tworzy niesamowity, bajkowy widok hehe

Tak wygląda u nich graffiti 🙂

Po przylocie do Rovaniemi, nie odpuściliśmy wizyty w taciejszym Macu – trzeba było sprawdzić, co tam serwują, a czego u nas nie uświadczysz. I powiem Wam, że mają parę ciekawych rzeczy! Jest potrójny cheeseburger, frytki z polewą serową i duży burger z sosem miodowym.

Zima jak z obrazka 🙂

Tutaj jedziemy z Rovaniemi do Kemijärvi.

Podczas całego wyjazdu mega polecamy korzystać z apki GetYourGuide – mają tam masę opcji na spędzanie czasu. My przez nich ogarnęliśmy m.in. wizytę w Wiosce Świętego Mikołaja. Co ciekawe, trafiliśmy na idealny moment! Okazało się, że największy kocioł jest w grudniu, w styczniu jest spory luz, a kolejna fala turystów wbija w lutym. Mieliśmy więc farta z tym terminem.

Jeżeli Twój prezent nie dotarł w tym roku, prawdopodobnie wiem gdzie na Ciebie czeka 🙂

Ciekawostką na miejscu są namioty nazywane 'tipi’. To mega charakterystyczne obiekty dla tego regionu – mi trochę przypominają namioty Indian. Mają specyficzną konstrukcję z otworem na górze, przez który ucieka dym z ogniska rozpalonego w środku. Kiedyś takie 'chatki’ były standardem dla rdzennej ludności żyjącej na tych terenach, a dziś robią za genialny klimat.

No i oczywiście renifery – nie mogło ich zabraknąć! Przy okazji warto wspomnieć, że Laponia to nie tylko Finlandia. Ten region to potężny obszar, który zahacza też o Szwecję, Norwegię, a nawet Rosję. Całkiem spory kawałek świata do odkrycia.

W lokalnej knajpce spróbowaliśmy mięsa z renifera podawanego z żurawiną, zupy z renifera i oczywiście łososia. Skoro już tam byliśmy, to po prostu nie mogłem sobie odpuścić i musiałem spróbować wszystkiego po trochu 😉

Po zwiedzaniu wioski Świętego Mikołaja wpadliśmy do lokalnej kawiarenki. Jak się na miejscu okazało, akurat trwało karaoke. I uprzedzając pytania: tak, śpiewaliśmy! 🙂

Tutaj można zobaczyć wnętrze kawiarneki.

Jak w jakiejś bajce…

Mieliśmy też małą niespodziankę w hotelu. Przez jakąś pomyłkę zaserwowali nam śniadanie, mimo że w ogóle go nie zamawialiśmy. Oczywiście nie protestowaliśmy – jak się domyślacie, mój szelmowski uśmiech mówi w tej kwestii wszystko! 🙂

Czas wyruszyć na kolejną wycieczkę!

Będąc tam, jesteście dosłownie otoczeni lasem. Zabudowania trafiają się rzadko, wszędzie tylko drzewa i śnieg! W Polsce czegoś takiego po prostu nie ma. Jedziesz 80 km w jedną stronę – ciągle las. Potem kolejne 100 km w drugą – i dalej to samo.

Kolejnym punktem programu był wypad do rezerwatu przyrody Korouoma. Jeśli chcecie zobaczyć na żywo potężne, zamarznięte wodospady i poczuć prawdziwą dzicz, to jest właśnie to miejsce!

Na zielono zaznaczony jest szlak, który pokonaliśmy.

Ciekawe jest to, że temperatura jest tam znacznie bardziej stabilna niż u nas – nie ma takich gwałtownych skoków, dzięki czemu łatwiej się przyzwyczaić do mrozu. Trzeba jednak pamiętać, że w styczniu słońce nie daje o sobie znać zbyt długo i bardzo szybko robi się ciemno.

To czas zaraz po nocy polarnej, kiedy słońce w ogóle nie wschodzi ponad horyzont. Za to później natura nadrabia to z nawiązką – każdego dnia przybywa nawet około 5-10 minut światła, co jest tempem ekspresowym w porównaniu do Polski! W lecie z kolei mają dzień polarny, kiedy słońce w ogóle nie gaśnie. Niesamowita sprawa, jak bardzo światło dyktuje tam rytm życia.

Zamarznięte wodospady wyglądają jeszcze lepiej na żywo.

Janusz i Grażynka na wakacjach 🙂

Widoku super 🙂

I jeszcze jeden wodospad.

Było tak zimno, że Oli aż włosy zamarzły! To najlepiej pokazuje, z jakimi temperaturami się tam mierzyliśmy hehe.

Fajne było to, że przy niektórych wycieczkach mieliśmy zapewnione jedzenie. Ale muszę przyznać jedno – nasze polskie kiełbasy są jednak najlepsze na świecie.

Pianki z ogniska z ciastkami <mniam>

Tak wyglądała kuchnia w naszym hotelu, naprawdę spoko, jeśli ktoś chciałby gotować miał do tego odpowiednie warunki.

My oczywiście zamiast gotować poszliśmy popróbować jedzenie w lokalnych barach. Tutaj kebab z Rosa Pizza Kebab .

Był naprawdę smaczny, nawet wystawiliśmy pozytywną opinię 🙂

Wieczorem nie mogło zabraknąć testowania piwa. Ja postawiłem na lokalnego klasyka – Karhu, czyli fińskiego 'niedźwiedzia’. Ola z kolei została przy swoich smakach i wzięła Blanc, który, jak się okazało, jest piwem francuskim. Każdy znalazł coś dla siebie.

W trakcie spożywania trunków, uczyłem moją Małożonkę grania w szachy.

Szokujące jest ich podejście do mrozu. Przy -25 stopniach dzieciaki mają normalnie lekcje WF-u na zewnątrz i śmigają na łyżwach. U nas wszystko by stanęło, a tam to po prostu zwykły dzień w szkole.

Kolejnym punktem programu był psi zaprzęg. Przy okazji dowiedzieliśmy się, czym różnią się psiaki, które nas ciągnęły. Te z Syberii (Siberian Husky) to te klasyczne, z błękitnymi oczami i gęstym futrem – są niesamowicie wytrzymałe. Z kolei Alaskan Husky to takie 'sportowce’ – są szczuplejsze, szybsze i nastawione na konkretne tempo. Oba gatunki to prawdziwe wulkany energii!

Jazda takim zaprzęgiem to niezapomnienie chwile, chciałbym się cofnąć aby przeżyć to jeszcze raz.

Same psiaki są niesamowicie przyjazne. Widać, że te zaprzęgi to dla nich nie tylko praca, ale największa frajda – one wręcz potrzebują tego biegu, żeby czuć, że żyją. Kiedy tylko widzą sanie, zaczyna się radosne szaleństwo i szczekanie, bo każdy z nich chce być pierwszy w trasie!

Po psim zaprzęgu wjechał sok z gumijagód 🙂

Na zdjęciu widzicie ekipę, która brała udział w zawodach. Te psy potrafią pokonać dystans rzędu 1500 km! To niesamowite, ile mają w sobie siły i wytrzymałości, żeby robić takie trasy w arktycznych warunkach.

Na zdjęciu pizza z Pizza Mestarit .

Tak wyglądają u nich lokalne słodycze.

Następną aktywnością były skutery śnieżne, najpierw prowadziła Ola, potem w połowie trasy była zamiana.

Przed nami Fin, a na plecach czujemy oddech dwójki Niemców.

W Finlandii mają kilkaset kilometrów tras przygotowanych specjalnie pod skutery. Jedynym ograniczeniem są tutaj pieniądze… Maszyny wyciągają nawet 140 km/h, więc jest moc 🙂

Podczas jazdy wjechały kiełbaski.

Po wszystkim poszliśmy jeszcze coś zjeść – bo co to jest jedna kiełbaska dla chłopa? Ja wziąłem burgera z podwójnym mięsem, a Ola wege wrapa.

Następną wycieczkę mieliśmy z przewodnikiem, który miał nam pomóc upolować zorzę polarną. Wcale nie jest o nią tak łatwo – te mocno kolorowe trafiają się rzadko. Nam się jednak poszczęściło i zobaczyliśmy różową zorzę! Dodatkowo przewodnik pokazał nam mapę i opowiedział, jak Finowie pokonali Rosjan podczas II wojny światowej. Kawał historii w środku nocy.

Naprawdę robi wrażenie!

Teraz kilka zdjęć retro z naszego hotelu. Jak nazwa wskazuje, był to wcześniej akademik, który został odrestaurowany i obecnie służy jako hotel. Fajny miks historii z nowoczesnością.

Lubię patrzeć na stare fotografie i myśleć o tamtych czasach. Zawsze włącza mi się wtedy nostalgia.

Tutaj graliśmy w Uno. Warto też wspomnieć, że w hotelu była sauna – po całym dniu na mrozie to było najlepsze, co mogło nas spotkać

Hotel był w pełni zautomatyzowany. Klucze dostawało się po wpisaniu kodu i na tej samej zasadzie odbywało się ich oddawanie.

W przedostatni dzień wróciliśmy z Kemijärvi do Rovaniemi, naszym celem było obejrzenie meczu hokeja.

Piękna zima! 🙂

 

Na ostatni noc zatrzymaliśmy się w Crystal Arctic Suites.

No to co, czas na hokeja! 🙂

Mecz był naprawdę ciekawy i dość brutalny.

Chodząc po Rovaniemi natrafiliśmy na taki cytat, przemówił do mnie…

Czas wracać na lotnisko, po całym mieście kursuje autobus, bilety można kupić online.

Na sam koniec chciałem jeszcze spróbować zupy z łososia, oceniam ją 10/10.

Czas wracać… też tak nie lubicie powrotów jak ja? :/

Cali i bezpieczni w Balicach z powrotem. Do następnego! Bez odbioru.

Jeśli uważasz, że ta treść była wartościowa i chcesz, aby takich więcej się pojawiło, postaw mi kawę! ☕ To dzięki Tobie mogę tworzyć więcej.
👉 Kliknij tutaj, aby wesprzeć mnie na BuyCoffee

Dziękuję, że czytasz i wspierasz moją pasję do pisania! ❤️

Następny wpis za tydzień w niedzielę. Proszę pokaż ten wpis innym osobom, może im też się przyda.

Polecam zajrzeć na pozostałe wpisy oraz zaobserwować mojego Instagrama: https://www.instagram.com/napisz_cos/

Dziękuję, że jesteś! Thank YOU